Kilka słów o tym, dlaczego internetowa burza wokół Mixtape jest równie przewidywalna, co nudna.
Jeśli śledzicie branżowe newsy, to pewnie słyszeliście o całym zamieszaniu wokół Mixtape od Beethoven & Dinosaur i Annapurna Interactive. Gra wyszła 7 maja, zebrała świetne recenzje (w tym dziesiątkę od IGN) i... natychmiast rozpętała internetową burzę. O samej grze wspominałem przy okazji marcowego Indie World i szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że premiera tego tytułu przyniesie taki poziom kontrowersji.
Zapalnikiem był klip z rozgrywką, który pokazywał sekwencję z promptami do wciskania przycisków i brak jakichkolwiek konsekwencji za ich ignorowanie - scena toczyła się dalej niezależnie od tego, co zrobił gracz. To wystarczyło, by część internetu ogłosiła, że Mixtape nie jest grą, recenzenci są przekupieni, a całość to produkt "nepo-finansowania" rodziny Ellisonów. Można by rzec - klasyczny zestaw.
Jak to Diabeł ujął celnie na swoim fanpage'u: nie oburza go, że recenzenci dali grze 10/10, rozumie nawet dlaczego, mimo że sam by w nią nie zagrał. I właśnie ta postawa wydaje mi się jedyną sensowną.
Bo o co tak naprawdę chodzi w tej debacie? O to, że ktoś miał inne zdanie niż ty. I tyle.
Mixtape jest grą narracyjną, krótką (jej ukończenie zajmuje około trzech-czterech godzin), z minimalną mechaniką i ogromnym naciskiem na muzykę i nastrój. Widać to z daleka już po pierwszym trailerze. Ktoś, kto kocha What Remains of Edith Finch czy Sayonara Wild Hearts, będzie w swoim żywiole. Ktoś, kto oczekuje klasycznego gameplayu - już niekoniecznie. I to jest w porządku. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta druga osoba decyduje, że wysokie oceny tej gry są dowodem na korupcję, a nie na to, że po prostu ktoś inny ma inne gusta.
Ocena w serwisie growym nigdy nie była i nie jest wyrocznią dla wszystkich. Nawet gdyby Mixtape uzyskało maksymalny wynik na Metacritic, to nie oznacza, że jest to gra dla każdego. Ba, żadna gra nie jest. I tu właśnie leży problem z całą tą debatą: ludzie traktują recenzje jak rekomendacje skierowane personalnie do nich, zamiast jako subiektywną opinię konkretnego człowieka o konkretnym doświadczeniu. Moim zdaniem recenzja (i to nieważne czy moja, innego blogera czy recenzenta dużego serwisu growego) jest tylko drogowskazem, który może nam wskazać czy dany tytuł leży w naszym kręgu zainteresowań i czy warto poświęcić mu czas i swoje pieniądze.
Podobne sytuacje były już przy okazji takich tytułów jak Death Stranding czy Dear Esther. Mechanizm jest zawsze ten sam - gra za bardzo artystyczna dostaje wysokie noty, część graczy czuje się tym osobiście urażona i zamiast po prostu stwierdzić "to nie dla mnie", szuka spisku. Cały internet zamknięty w jednym zdaniu...
Nie muszę grać w Mixtape, żeby rozumieć, czemu komuś innemu mogła się na tyle spodobać, by wystawić jej najwyższą ocenę. Wystarczy odrobina empatii i świadomość, że gry (podobnie jak literatura czy film) mogą działać na różnych ludzi zupełnie inaczej. To nie jest słabość recenzenta, który dał dziesiątkę. To po prostu natura sztuki.
I na koniec - czy sam grałem w produkcję Beethoven & Dinosaur? Nie, jeszcze nie. Ale prędzej czy później zamierzam się zapoznać bliżej z tym tytułem, bo zwiastun kupił mnie swoim klimatem i tematyką (Lata 90.! Soundtrack!). A to, że jest mało "gry w grze"? Uważam, że nie w każdej grze trzeba mashować przyciski, by uznać ją za "prawdziwą grę". Bo dla mnie liczy się to, czego doświadczam podczas obcowania z daną grą, a nie ile razy wcisnąłem przycisk, który wywołał jakąś akcję na ekranie.
Liczba odwiedzin: 59303