Wraz z premierą gry Dispatch na Nintendo Switch wybuchła afera, w której gracze zarzucają firmie z Kioto ocenzurowanie produkcji AdHoc Studio. Czy tak było faktycznie?
Ostatnie dni wśród graczy zdominował jeden temat: premiera przygodowego hitu Dispatch od AdHoc Studio. Niestety, zamiast o świetnym humorze i komiksowej stylistyce, wszyscy mówią o... czarnych paskach i cenzurze. W sieci zawrzało, a głównym oskarżonym stało się Nintendo. Czy słusznie?
Przyjrzyjmy się faktom. Sytuacja na pierwszy rzut oka wyglądała na powrót do ery Family Friendly. Podczas gdy gracze na PC czy PS5 mogą w ustawieniach swobodnie wyłączyć cenzurę wizualną, wersja na Switcha i Switcha 2 ma tę opcję zablokowaną na stałe. Efekt? Nagość przykryta wielkimi czarnymi blokami, a niektóre dialogi i sceny seksu – wyciszone.
Dlaczego wszyscy wskazali na Nintendo? Teza była prosta: „Złe Nintendo znów zabrania nam dorosłych treści”. Oliwy do ognia dolało pierwsze, dość niefortunne oświadczenie AdHoc Studio, w którym wspomniano o „pracy z Nintendo, aby upewnić się, że zawartość spełnia kryteria wydania na ich platformie”. Fani odebrali to jednoznacznie jako nacisk ze strony giganta z Kioto.
Jednak im głębiej kopiemy, tym teoria o „konserwatywnym Nintendo” staje się trudniejsza do obrony.
Aby zrozumieć tę aferę, musimy wyjść poza emocje i spojrzeć na twarde dane:
• Oficjalne stanowisko Nintendo. Gigant z Kioto wydał oświadczenie, w którym kategorycznie stwierdził: „Nintendo nie wprowadza zmian w treściach partnerów”. Firma wymaga jedynie zgodności z ocenami organizacji ratingowych i ogólnymi wytycznymi bezpieczeństwa.
• Wiedźmin i Cyberpunk jako kontrargumenty. Na Switchu bez problemu zagramy w Wiedźmina 3 czy Cyberpunka 2077 (na Switchu 2), które oferują pełną, nieocenzurowaną nagość. Skoro CD Projekt Red mógł wydać gry w takiej formie, dlaczego mniejsze studio miałoby mieć z tym problem?
• Klucz do zagadki: japońskie CERO. To japońska organizacja ratingowa ma najbardziej surowe zasady na świecie (zakaz pokazywania sutków czy genitaliów nawet w kategorii 18+). Co istotne, japońska wersja Dispatch na PS5 jest ocenzurowana identycznie jak wersja na Switcha. To dowodzi, że problemem nie jest polityka producenta konsoli, a wymogi japońskiego rynku.
CERO wymusza takie zmiany, bo ich oficjalne wytyczne są dużo ostrzejsze wobec nagości, seksu i brutalności niż np. ESRB czy PEGI.
Jak działa CERO
CERO ma listę kategorii, które ocenia: seks (pocałunki, bielizna, nagość, stosunek), przemoc (krew, okaleczanie, zwłoki), „antyspołeczne” zachowania (przestępstwa, narkotyki, samobójstwo itp.) oraz język/ideologia. Dla każdej z tych kategorii istnieją poziomy „dopuszczalności” i jeśli gra przekroczy górny limit, dostaje etykietę banned expression - wtedy CERO w ogóle nie przyznaje ratingu, co praktycznie blokuje wydanie gry na konsole w Japonii.
Co jest problemem z perspektywy twórców?
W wytycznych CERO wprost zakazane jest pokazywanie genitaliów (łącznie z owłosieniem łonowym) i kobiecych sutków, a także jednoznacznych scen seksu – nawet przy najwyższym ratingu Z (czyli 18+). Podobnie jest z ekstremalną przemocą - rozczłonkowanie, obfite flaki czy bardzo „okrutne” ujęcia zwłok mogą sprawić, że gra nie dostanie żadnego ratingu. Stąd są przypadki gier, które w Japonii musiały ciąć sceny albo w ogóle nie wyszły (jak np. oryginalne Dead Space).
Skąd taka surowość?
CERO powstało m.in. jako odpowiedź na presję społeczną i obawy rodziców co do wpływu brutalnych/erotycznych gier. W Japonii dopuszczalność takich treści w mediach elektronicznych ocenia się bardziej konserwatywnie niż na Zachodzie.
Co ciekawe, formalnie CERO jest „tylko” organizacją ratingową, ale bez jej znaczka większość dużych sklepów i platform konsolowych nie przyjmie gry, więc w praktyce twórcy muszą się dostosować – inaczej realnie tracą rynek.
Efekt: cenzura nawet w grach 18+
Nawet gry z oznaczeniem Z (18+) często są przycinane względem wersji zachodnich: usuwane są sceny seksu, zasłaniane są nagie modelki, brutalność jest łagodzona czy zmniejszana jest ilość krwi. Dlatego też w wielu przypadkach japońskie wydania konsolowe są ocenzurowane, a wersje PC (Steam) w tym samym kraju wydawane są w wersji uncut, bo nie muszą przechodzić przez CERO – dokładnie ten rozjazd twórcy i gracze regularnie krytykują.
Dlaczego więc na PS5 w Europie gra jest „czysta”, a na Switchu u nas – ocenzurowana? Wszystko sprowadza się do pieniędzy i logistyki.
Duże studia, jak CD Projekt Red, stać na przygotowanie oddzielnych wersji gry (tzw. binariów): jednej ocenzurowanej specjalnie na rynek japoński i drugiej, kompletnej, dla reszty świata. AdHoc Studio, jako mniejszy zespół niezależny, zdecydowało się na wydanie jednego, uniwersalnego pliku gry na wszystkie regiony eShopu.
Wniosek jest prosty - ponieważ jedna wersja gry miała obsługiwać cały świat (w tym Japonię), deweloperzy musieli dostosować ją do najbardziej rygorystycznych norm, czyli wytycznych CERO. Chcąc zaoszczędzić na kosztach certyfikacji i utrzymywania kilku wersji produktu, studio narzuciło japońskie restrykcje graczom z Europy i USA.
W najnowszym oświadczeniu twórcy uderzyli się w pierś, przyznając, że popełnili błąd w komunikacji. Deweloperzy zdradzili, że sami podjęli decyzję o modyfikacjach, gdy zorientowali się, że ich gra w pierwotnej formie nie przejdzie japońskiej certyfikacji w ramach jednego, globalnego wydania. Co dalej? AdHoc Studio pracuje już nad patchem, który ma przywrócić „przynajmniej część” zawartości dla graczy z Zachodu. Może to jednak zająć raczej tygodnie niż dni.
Ta afera to cenna lekcja dla deweloperów indyków. Oszczędność na dystrybucji regionalnej czasem kosztuje znacznie więcej – w tym przypadku ceną jest zaufanie społeczności, która słusznie poczuła się potraktowana po macoszemu.
Liczba odwiedzin: 59298