Sześćdziesiąt cztery na sześćdziesiąt cztery piksele - w takiej rozdzielczości Johan Peitz zmieścił opuszczoną planetę, starożytną cywilizację i realizację własnego, dziecięcego marzenia o wydaniu gry na konsoli Nintendo. Ascent DX wyląduje w eShopie już 20 sierpnia.
W grze wcielamy się w rozbitka, który po katastrofie swojego kosmicznego statku trafia na opuszczoną, ale niepozbawioną tajemnic planetę. Eksplorujemy dżungle, pustynie i świecące jaskinie, zdobywając po drodze nowe moce i umiejętności, które odblokowują kolejne fragmenty mapy. To klasyczny szkielet metroidvanii, tyle że podany w formacie kieszonkowym.
Historia Ascent DX zaczyna się w 2022 roku, na game jamie lowresjam, gdzie Johan Peitz (szwedzki deweloper znany też z picoCAD czy Icy Tower) stworzył w PICO-8 grę o rozbitku eksplorującym obcą planetę. Projekt zajął wtedy piąte miejsce, ale zebrał pochwały za oprawę graficzną, level design, warstwę fabularną i muzykę. Peitz zamknął temat i poszedł dalej, jak to zwykle robi z gamejamowymi prototypami.
Do pomysłu wrócił kilka lat później, przenosząc grę na framework love2D. Przy okazji portu Ascent urosło: doszły nowe lokacje, więcej tropów fabularnych do odkrycia, a Brent Houston dograł kolejne utwory do ścieżki dźwiękowej. Tak powstała wersja DX, która trafiła na Steama i zebrała tam niemal 300 recenzji przy 98% pozytywnych ocen.
Konsolowe wydanie to efekt przypadkowego spotkania. Corey Underdown ze Sleepy Grove Games szukał gier zrobionych w love2D, które dałoby się przenieść na Nintendo Switch, i szybko uznał Ascent DX za idealnego kandydata. Wersja na konsolę Nintendo ma zawierać poprawki błędów i być, według słów samego Peitza, definitywnym wydaniem gry.
Wersja DX ma być około dwukrotnie większa od oryginalnego Ascent - ma mieć więcej lokacji, więcej przedmiotów do znalezienia, więcej zagadek platformowych i więcej lore'u do wygrzebania spod pikselowej powierzchni. Twórca zapowiada też kilka różnych zakończeń, zależnych od tego, ile z sekretów planety uda nam się odkryć.
Ascent DX zadebiutuje w eShopie 20 sierpnia w cenie 11 PLN, co plasuje ją w ścisłej czołówce najtańszych premier na Switchu w tym miesiącu.
Uwielbiam takie historie - gra jamowa, zrobiona w kilka dni w PICO-8, po latach dorabia się pełnoprawnego wydania na konsoli, o której twórca marzył od dziecka. To trochę odwrotność drogi, którą znamy z wielkich produkcji: tu najpierw jest ograniczenie (64 na 64 piksele), a dopiero potem rozbudowa świata wokół niego, zamiast na odwrót.
Sama formuła (miniaturowa metroidvania z chiptune'em w tle) nie jest niczym nowym, ale rzadko widuje się ją aż tak skondensowaną. Przy tak niskiej rozdzielczości level design musi robić całą robotę, bo nie ma tu miejsca na efektowne animacje czy detale tła, które odwrócą uwagę od słabej mapy. To, że wersja na Steamie zebrała niemal 300 recenzji przy 98% pozytywnych ocen, wskazuje, że Peitzowi udało się stworzyć świetną małą grę. Niedługo sami będziemy mogli się przekonać, czy definitywna wersja gry rzeczywiście na to zasługuje - a przy cenie 11 PLN ryzyko jest praktycznie zerowe.
Podaj dalej:
Chcesz widzieć więcej takich wpisów?
Preferuj nindyki.pl w GooglePartner strony:
